Spis treści

 
 
 

winietaTekst "ŚWIADECTWO" Tadeusza Pulcyn został zamieszczony w miesięczniku "Świat Problemów". Zgodnie ze stopką redakcyją, wszystkie materiał zamieszczone w piśmie mogą być dowolnie przedrukowywane i omawiane z powołaniem się na źródło. 


"ŚWIADECTWO" Tadeusz Pulcyn

Jestem szczęśliwą alkoholiczką
Sześcioro dzieci nie pamięta dnia, w którym nie były bite przez matkę. Bila tym, co miała pod ręką. Najczęściej skórzanym rzemieniem albo kablem od żelazka. Najbardziej krzywdzona była przez nią córka Janka.
- Nie wiadomo było, czy dostaniemy śniadanie, obiad i kolację - wspomina Janka - ale pewne było, że nie ominie nas lanie o byle co. Pamiętam dwa zdarzenia, po których czułam się winna. Miałam może 5 lat jak powycinałam z okiennych zasłon piękne kwiaty, a później, już jako dziesięcioletnia dziewczynka, opiekunka młodszych dzieci podczas wyprawy nad Łebę, nie dopilnowałam, żeby niczego nie zgubiły. Feralnego dnia młodsza siostra zgubiła bucik. Wówczas zostałam zbita na kwaśne jabłko; tydzień nie mogłam siedzieć na pupie.
Na szczęście - dopowiada Janka - okres od trzeciej klasy do ostatniej szkoły podstawowej spędziłam u babci. Do rodzinnego domu wróci-lam, żeby kontynuować naukę w liceum pedagogicznym.


Janka była bardzo dobrą uczennicą. Po ukończeniu liceum pracowała w szkole w jednej z kaszubskich wsi. Pensje musiała oddawać mamie, która wciąż traktowała ją jak swoją własność i była „nieobliczalna". Jej agresywne zachowanie potęgowane było nadużywaniem alkoholu. Piła destrukcyjnie, zaniedbywała dom, krzywdziła dzieci... Janka często musiała ją zastępować w pracy (wykonywała ją wieczorami), gdy była w niedyspozycji.
Mimo bardzo trudnej sytuacji w domu, Janka dostała się na studia pedagogiczne. Jednak ich nie podjęła, gdyż zakochała się i pospiesznie wyszła za mąż.
- Niestety, nieszczęśliwie - przyznaje. - Wzięłam za męża człowieka pokiereszowanego przez matkę tak jak ja. Z tym, że jego matka nie piła i nie biła, lecz była nadopiekuńcza, zaborcza, toksyczna. Odcisnęła na nim piętno, które do dziś jest widoczne, jak stygmat po oparzeniu. Choć matka męża już dawno nie żyje, on wciąż działa tak, jak ona by tego chciała.
Poznaliśmy się - relacjonuje Janka – w jednostce wojskowej, która patronowała naszej szkole pedagogicznej. On odbywał tam zasadniczą służbę wojskową, a ja pojawiłam się tam jako chórzystka szkolnego zespołu, który uświetniał jedną z wojskowych uroczystości. Spotkaliśmy się kilka razy, a poznawaliśmy się bliżej korespondencyjnie - przez pól roku. Wydawało nam się, że spotkały się pokrewne dusze. Dla mnie najważniejsze było to, że nie pił. Nie było nawet okazji, żeby przed ślubem dostrzec jakieś jego wady. Po jakimś czasie okazało się, że jest egoistą, człowiekiem nieodpowiedzialnym, że mnie zdradza, a do tego -jak wspomniałam - jest totalnie podporządkowany matce. Dziś, wspominając różne zdarzenia z tym związane, uśmiecham się. Ale w dniu naszego ślubu mąż i teściowa wprowadzili mnie w zakłopotanie. Po przyjęciu weselnym „mamusia" głosem nieznoszącym sprzeciwu kazała „synusiowi" spać bez żony. I poszedł. Poślubną noc spędziłam sama. 

- Później, gdy przez przeszło rok mieszkaliśmy u rodziców męża, teściowa prawie codziennie wieczorem siadała przy naszym łóżku, oświadczając: „W tym domu nie ma miejsca dla dzieci". Trochę zmieniło się w naszych damsko-męskich relacjach, gdy otrzymaliśmy osobne mieszkanie. Urodziła nam się córka. Generalnie jednak nasza ucieczka w dorosłość okazała się pułapką...


Mąż i żona układali się ze sobą 23 lata. W końcu „musieli się rozstać". Janka odziedziczyła dom po babci. Sama wykonała jego remont i sama wszystko wokół niego i w nim urządziła.
- Nie potrzebowałam niczyjej pomocy - zapewnia. — Byłam zorganizowana, stale pełna nowych pomysłów. Energii dodawał nn - alkohol. Nigdy nie piłam towarzysko. Piłam sama dla kurażu, pozbawiałam się kompleksów z dzieciństwa. Bardzo się jednak pilnowałam, bo wiedziałam, że piję inaczej niż wszyscy, że potrafię pić bez opamiętania. Pierwszy raz zrobiłam to, będąc wzorową uczennicą, przed samą maturą. Potem w okresie małżeńskim zdarzało mi się to wielokrotnie. W domu nie mogło być alkoholu; z mężem wypijałam po kieliszku, a resztę potajemnie wypijałam sama. Trochę się dziwił, ale nie przywiązywał do tego większej wagi. Ja zaś zaniepokoiłam się nieco, gdy przypadkowo wpadli mi do ręki jakiś miesięcznik z artykułem, w którym autor wyjaśnia, jak się objawia alkoholizm. - To jest chyba artykuł o mnie - powiedziałam do męża - chyba jestem alkoholiczką. 

- Coś ty, Janka, ty po prostu pijesz raz na jakiś czas, a porządnie - skwitował moje domniemanie. I to mnie uspokoiło. Ale gdy po latach znów zamieszkałam w jednym domu z rodzicami i rodzeństwem, powracała do mnie myśl, że coś jest ze mną nie tak. Potrafiliśmy razem zasiąść do stołu i zalewać robaka. - Co było, to było... W końcu liczy się przyszłość - perorowaliśmy.


Janka od dzieciństwa udowadniała swoim zachowaniem, że jest coś warta; że jest odważna, silna, odpowiedzialna i ma wiele różnych umiejętności. Już w wieku 20 lat była kierowniczką dużej szkolnej świetlicy. Jako nauczycielka na Kaszubach wykazywała się zmysłem organizacyjnym i dużą wiedzą pedagogiczną. Gdy porzuciła zawód nauczycielski i poszła do pracy w przemyśle samochodowym, szybko uzupełniła wykształcenie; pomaturalne studium ekonomiczne ukończyła na piątkę. Gdy powierzono jej funkcję rewidenta, zdobyła wszystkie potrzebne uprawnienia państwowe. Gdy zaś później podjęła pracę w GS, została tam wiceprezesem do spraw handlu. Z roku na rok wspinała się coraz wyżej po szczeblach kariery zawodowej.
- Czułam się pewnie i piłam - nie ukrywa zażenowania Janka. - Nie w lokalach publicznych, ale w domowym zaciszu. A publicznie na różnych frontach samorządowych walczyłam z pijaństwem i alkoholizmem. Wciąż nie docierało do mnie, że sama mam problem z alkoholem. - Przecież mam prestiżową pracę, bardzo dobrze zarabiam, ludzie mnie szanują; żyć nie umierać - tłumaczyłam sobie. Wtedy wydawało mi się, że alkohol zupełnie mi nie przeszkadza. A jak dziś na to patrzę, to wiem, że bez alkoholu mogłabym o wiele więcej osiągnąć, lepiej wykorzystać zdobytą wiedzę i umiejętności. Cóż z tego, że mam opasłą teczkę cennych, znaczących certyfikatów; okazały się zupełnie nieprzydatne. Gdy w 1989 roku wybuchła wolność, z takimi papierami mogłabym być nie wiadomo kim, a ja zafundowałam sobie własną knajpę.


W roku 1990 Janka wzięła duży kredyt bankowy na uruchomienie inwestycji. Została właścicielką dużej restauracji. 
- Wtedy poczułam się prawdziwą bizneswoman, mogłam „rządzić i dzielić" - żartuje.

- Tymczasem, mając alkohol na wyciągnięcie ręki, dzień w dzień drinkowałam. Wreszcie zaczęłam gubić wątki. Upijałam się. Przedtem zdarzało się to od przypadku do przypadku; zazwyczaj w domu, jak już wszyscy spali, siadałam przy kaloryferze z butelką i robiłam „podsumowania". Przede wszystkim szukałam winnych moich różnych niepowodzeń. Potrafiłam, pijąc do rana, wypłakiwać oczy. Córka nie mogła tego znieść. Po latach mi to wypomniała.

- Mogłabyś sobie pić - mówiła - to mnie nie przeszkadzało; nie robiłaś awantur, nikogo obcego do domu nie sprowadzałaś i nie włóczyłaś się, nigdy nam nie brakowało pieniędzy, ale szlag mnie trafiał, jak cię widziałam pod tym kaloryferem z flaszką. Nie wiedziałam, czy ty jesteś taka harda, czy kompletnie rozsypana.
Zaczęłam jednak tracić panowanie nad sobą. Bywało, że zamykałam się w kantorku i piłam tam do drugiej w nocy. Do domu wracałam prawie na czworakach, potem rozliczałam utarg, zdrzemnęłam się i znowu szłam do pracy. Byłam już tak osłabiona, że nogi mi się plątały. Nabawiłam się światłowstrętu, często w drodze zalewałam się łzami tak, że potem miałam mokre ubranie. Ale wciąż jeszcze - jak to mówią - jakoś się bujałam...


Któregoś dnia córka Janki powiedziała zdecydowanie: jeśli jesteś chora, musisz skorzystać z pomocy lekarza. Przedtem już umówiła matkę na wizytę. Nie oponowała.
- Rzuca mną strasznie w poczekalni - wspomina - nie mogę się utrzymać na krześle. Potem w gabinecie lekarskim to samo. - Strasznie panią telepie, co to jest? - pyta mnie, ironizując, młodziutki lekarz. A ja na to: spać nie mogę, mam nerwicę, tylko alkohol mi pomaga. On na to: musi pani przestać pić i kropka. Pomyślałam natychmiast: gówniarzu, co ty wiesz o życiu. Zirytował mnie. Wkrótce po tej wizycie udałam się do renomowanego lekarza, profesora (zapłaciłam za wizytę straszne pieniądze), który zlecił mi szczegółowe badania. Gdy poszłam do niego potem z wynikami, przejrzał je dokładnie, ale alkoholizmu się w nich nie dopatrzył. Natomiast ja sama już byłam prawie pewna, że jestem alkoholiczką. Co mnie w sobie niepokoiło najbardziej?
Otóż, zwykle w roku utrzymywałam bez problemu tygodnie całkowitej abstynencji.
Dla mnie Wielki Post był święty, sierpień był święty i Adwent był święty. Tymczasem zdarzyło się, że cały post przepiłam, w sierpniu sobie nie żałowałem i przez cały Adwent również. A przecież myślałam, że jestem wiarą silna, że chcieć to móc. Co więcej, przed komunią ukochanego bratanka, chrześniaka, z młodszym bratem całą noc piłam. Podczas uroczystości kościelnych trzęsłam się jak galareta. Potem przy stole, siedząc na honorowym miejscu, raz po raz dawałam plamę, wszystko leciało mi z rąk. Brat mnie tłumaczył: „za ciężko pracujesz". - Dam ci kielicha - zdecydował - przejdzie ci. No i mi przeszło.
Te wydarzenia spowodowały ostatecznie, że poszłam po rozum do głowy: ze wszystkim sobie zawsze radziłam, ale z alkoholem jednak sama sobie nie poradzę.
Zadzwoniłam do księdza. Ksiądz odmówił spotkania. Nie dziwiłam się zresztą, bo bełkotałam przez telefon. Wreszcie, z rozpaczy, w ósmym dniu picia, usmarkana zadzwoniłam do Telefo-nu Zaufania. Dali mi numer do stowarzyszenia abstynenckiego. Zadzwoniłam. - Proszę przyjść, ale bez chuchu, na spotkanie z Wojtkiem w poniedziałek - usłyszałam. Nie pasowało mi to; jak bym mogła wytrzymać do poniedziałku, to bym nie dzwoniła w piątek. Jakoś jednak przeżyłam te trzy dni. Poszłam pod wskazany adres, ale nie chciałam rozmawiać z Wojtkiem. Ja, wielka bizneswoman, chciałam rozmawiać z dyrektorem. Wyszła terapeutka - urocza osoba - i oznajmiła: tu dyrektorów nie ma.
Wojtek zabrał mnie do swojego gabinetu i - gdy wypełniałam formularze dotyczące rodziców i dziadków - po krótkiej rozmowie zalecił abstynencję i udział w mityngu AA. - Mityng? - dziwiłam się. - Tego jeszcze nie było, każą mi może biegać, skakać?


- Matko Boska, w co ja wdepnęłam - powtarzała co chwila Janka, gdy wróciła po pierwszym mityngu do domu. Była zdeprymowana uściskami mężczyzn, którzy cieszyli się z jej obecności. A przede wszystkim nie utożsamiała się z ich „piciorysami". Nie robiła tego, co oni; to „nie był jej świat", nie jej dramaty. 

- Fuj, jakie to wszystko wstrętne - myślała. - W porównaniu z tymi, których słuchałam, jestem cudowna. Nie mogła się w grupie odnaleźć. Wyobrażała sobie, że nauczy się w niej kontrolowanego picia, nie chciała na zawsze rezygnować z alkoholu. Gdy przeczytała kolegom to, co napisała o sobie, jeden z nich podsumował: Co ty tu k... robisz, chłopa szukasz?
- Wtedy poczułam się odrzucona - podkreśla Janka. - Nigdzie mnie nie chcą - krzyczałam do siebie. Także z terapeutą weszłam w ostrą wymianę zdań. - Tani są kryminaliści - oburzałam się. A on na to, że to pierwsze koty za płoty. Efekt był taki, że zapiłam. Miesiąc piłam ze strachu. Córka prowadzała mnie na mityngi, ale gdy wracałam ze spotkań, musiałam łyknąć. I robiłam to aż do pamiętnego piątku, dnia moich 47 urodzin.


 Na piątkowym mityngu koledzy z grupy Janki zaproponowali jej wyjazd na sobotę i niedzielę do Częstochowy na pielgrzymkowe spotkanie alkoholików z całego kraju. Wymigiwała się. - Nie mogę, przecież mam knajpę - tłumaczyła. Ale gdy córka zaoferowała się, że ją zastąpi w pracy, pojechała.
- Przeżyłam coś, czego nie potrafię w pełni zobrazować. Przestałam pytać, dlaczego miałam takie dzieciństwo, małżeństwo... Przestałam skupiać się na sobie. Patrzyłam łapczywie na tłum uśmiechniętych ludzi z dziećmi. Do białego rana cała zasmarkana słuchałam świadectw, które napawały mnie optymizmem. A gdy podczas mszy o północy setki mężczyzn i kobiet zaśpiewały „Abba, Ojcze", czułam się naprawdę jedną z nich. To był przełom, wstrząs, grom z Jasnej Góry. Po tym uderzeniu ludzkiej i boskiej miłości - przestałam się zastanawiać, dlaczego nie mogę pić, byłam pewna, że tego robić nie chcę.
Prawdziwą radość trzeźwienia miałam jednak dopiero po pięciu latach trzeźwości. Dlaczego? Między innymi dlatego, że w pierwszych latach abstynencji zaczęłam się szarogęsić, na przykład ponaglałam córkę, aby podjęła terapię DDA, bo wiedziałam przecież, ile złego pozbierała po babce i matce. W końcu jednak dałam spokój. Zrozumiałam, że mani się zająć sobą, a nie córką. W siódmym roku trzeźwości sama podjęłam terapię DDA. Bardzo bolesną terapię; przerobiłam role kata i ofiary. Potem przyszło przebaczenie sobie i matce, której towarzyszyłam do końca jej życia.


Janka nie ukrywa swojego wieku, jest po sześćdziesiątce. Ale jej aparycja budzi powszechny zachwyt przedstawicieli obu płci. Promienieje radością życia. Stale rozwija liczne swoje talenty.
- Mam działkę - mówi na odchodnym - o którą dbam, staram się, żeby była piękna. I na starość - śmieje się — jestem majster-klepką; robię renowację starych mebli. Przed domem mann świat przyrody, a w domu świat komód, kredensów i foteli...
Kiedyś czułam się samotna, a dziś jestem sama, ale nie czuję się osamotniona. Jest Bóg i są ludzie ze wspólnoty AA. Co jest dziś najważniejsze? Dla mnie chrześcijanki - Dekalog. Dla mnie alkoholiczki - Program 12 Kroków AA. Jestem szczęśliwą alkoholiczką.

test offcanvas

test offcanvas

©2015-2020 Gabinet Terapii Uzależnień PRO-Intra

Free Joomla! templates by Engine Templates

Używamy cookies, aby poprawić naszą stronę internetową oraz ułatwić Użytkownikom korzystania z niego. Cookies wykorzystywane do istotnego działania tej strony zostały już ustawione. Aby dowiedziec sie wiecej o plikach cookie, ktorych uzywamy i jak je usunac, zobacz nasza Polityka Prywatnosci.

  Akceptuje ciasteczka z tej strony.
EU Cookie Directive Module Information